"Siostry Sercanki"
Duszpasterstwo Powołań
Zgromadzenia Córek
Najczystszego Serca NMP

www.sercanki.pl

Jak odkryć powołanie?

Jak rozpoznać prawdziwe powołanie, jak upewnić się że ta droga, ta jedyna, że to Boży plan, a nie tylko subiektywne odczucie?

Jak odkryć powołanie?

Najważniejsze
Najpierw trzeba zwrócić uwagę na pewną fundamentalną prawdę. Otóż pierwszym powołaniem każdego chrześcijanina jest świętość. Pan Jezus powiedział kiedyś: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48). To do świętości na wzór Ojca mamy wszyscy dążyć. Osiągniemy ją, jeśli będziemy realizowali największe przykazanie: miłości Boga i bliźniego. Droga, na której ową świętość zrealizujemy, jest już mniej istotna. Nawet jeśli – po ludzku rzecz biorąc - się pomylimy, to nie musimy się tym zbytnio martwić. Kiedyś nie będziemy sądzeni z tego, jaką drogę żeśmy wybrali, ale czyśmy idąc tą drogą kochali... Carlo Caretto napisał: „Nie zaśmiecaj nieba pytaniami «Panie, jakie moje powołanie». Kochaj, a kochając odnajdziesz je”. Jeśli w wypełnianiu moich codziennych zadań staram się zawsze postępować tak, jak Chrystus postąpiłby na moim miejscu, to realizuję moje powołanie.

Rozpoznanie
Jak rozpoznać do czego konkretnie wzywa mnie Bóg? Powołanie rozpoznajemy jako umiłowanie takiej a nie innej drogi życia. Ktoś powołany do kapłaństwa chce sprawować Eucharystię, chce spowiadać. Powołany do życia zakonnego kocha modlitwę czy pracę, jaką konkretny zakon wykonuje. Powołanego do małżeństwa też musi ten rodzaj życia pociągać: musi chcieć wspólnego życia ze współmałżonkiem, wspólnej troski o dom i wychowanie dzieci... Podobnie jak lekarza musi pociągać leczenie ludzi, a nauczyciela przekazywanie wiedzy i dzielenie się swoim doświadczeniem...

Opór
Czy można uciec przed powołaniem W tej kwestii prawdę zna zapewne tylko Bóg. Ale ani Jeremiaszowi ani Jonaszowi się nie udało. Bóg jakoś przedziwnie potrafi znaleźć drogę do ludzkiego serca...

Czystość intencji
W wyborze drogi życiowej trzeba być szlachetnie bezinteresownym. Zawsze, ale zwłaszcza wtedy, gdy ktoś decyduje się na kapłaństwo czy życie zakonne. Nieporozumieniem jest myślenie o tych drogach w kategoriach zabezpieczenia swoich potrzeb materialnych. Pięknie o tych wyborach mówił sam Jezus:

„A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz! Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć. Do innego rzekł: Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca! Odparł mu: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże!. Jeszcze inny rzekł: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu! Jezus mu odpowiedział: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”. (Łk 9, 57-62)

I w innym miejscu...
„Wtedy Piotr rzekł do Niego (Jezusa): Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?

Jezus zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi”. (Mt 19, 28-30).

 

Pan Jezus od swoich Apostołów wymagał odważnej decyzji porzucenia wszystkich swoich spraw. Młody człowiek, chcący poświęcić swoje życie Jezusowi na wzór Apostołów, musi dokonać podobnego wyboru. Nie jest to niczyim obowiązkiem. Nie jest konieczne do zbawienia. Ale jeśli chce iść za Jezusem jak Apostołowie (a nie jak wielu innych Jego uczniów), to musi porzucić wszystko... Nie wolno więc pytać co Kościół może mi zaoferować za moją służbę, ale co ja mogę ofiarować Bogu i Kościołowi...

Bez pośpiechu
Trzeba pamiętać, że między decyzją o pójściu do seminarium czy zakonu a przyjęciem święceń czy złożeniem ślubów wieczystych w zakonie mija dobrych kilka lat. Ta decyzja to dopiero początek weryfikowania prawdziwości powołania. Nie trzeba się jej bać. O niczym się wtedy definitywnie nie rozstrzyga. Zanim dojdzie do ostatecznego wyboru wielu stwierdzi, że jednak nie jest to ich droga. Zostaną ci, których pragnienia w ciągu tych lat nie ulegną radykalnej zmianie...

Pewność powołania
Czy w kwestii powołania można mieć pewność stuprocentową? Tak. Na pewno do kapłaństwa powołany jest człowiek, który przyjął święcenia. Z całą pewnością o człowieku, który złożył wieczyste śluby można powiedzieć, że to jest jego droga. Tak jak można powiedzieć o tych, którzy zawarli związek małżeński: to nie jest pomyłka, byli sobie przeznaczeni. Jeśli ktoś przypieczętował swój wybór złożeniem ślubów, albo – co więcej – przypieczętował go sam Bóg udzielając sakramentu, to nie ma mowy o pomyłce. Warto o tym pamiętać... Nawet jeśli po ludzku rzecz biorąc czyjś wybór był błędem, Bóg przez sakrament tę pomyłkę niejako „zatwierdził”...

Zaczerpnięte z: http:// kosciol.wiara.pl

 

Bóg dotrze nawet do najbardziej upartych

 

Czy zastanawiałaś się kiedyś co znaczy „cud”?  Pierwsza odpowiedź jaka się nasuwa na to pytanie: to np. uzdrowienie kogoś z ciężkiej  choroby, uratowanie życia lub nawrócenie- powrót do Kościoła. …..  Można jednak „być przy Kościele” uczestniczyć w Jego życiu i rozmijać się z Bogiem i Jego drogą. Tak było w moim życiu. Można powiedzieć, że byłam  bardzo blisko Kościoła angażując się w życie parafii, uczestnicząc w spotkaniach grupy młodzieży (KSM). Jednak miałam swoją wizję życia, swoje plany. Będąc w 1- szej klasie szkoły średniej pojechałam na rekolekcje do Skórca …..i tak to się zaczęło…..1, 2, 3… rekolekcje. W tym czasie Jezus powoli dawał mi się poznawać i uczył  kontaktu z Nim. Podobało mi się to i chętnie tam jeździłam. Do czasu…..gdy zorientowałam  się, że Jezus coś chce, ma wobec mnie swój plan( konkretnie daje mi znać, że chce mnie mieć dla Siebie) i wtedy zaczął się w sercu wielki krzyk „NIE”. Ja nie chcę tak żyć, chcę mieć rodzinę, chcę skończyć studia, pracować itd. Upierałam się przy swoim, przy tym co ja sobie wymyśliłam. Na różne sposoby próbowałam zagłuszyć w sercu ten głos, który nie ustawał. Oszukiwałam siebie, że to nie do mnie – pewnie do kogoś obok! Trwała we mnie ta walka kilka lat. Po szkole średniej poszłam na studia, ale doszłam do wniosku, że może gdy pójdę jeszcze na teologię to oszukam Pana Boga i w końcu On  da mi spokój. Nic z tego! Przez cały rok studiów czułam, że nie jestem na swoim miejscu, chociaż wszystko było dobrze. Czułam się jak „ptak w złotej klatce, który nie jest szczęśliwy, bo nie ma wolności”. Uświadomiłam sobie, że kroczenie swoją drogą nie daje szczęścia. Nie chciałam zapytać Boga o Jego drogę dla mnie, bo wiedziałam co usłyszę i dlatego lepiej było udawać, że nie wiem. Dłużej tak nie mogłam. Pojechałam na rekolekcje i pierwszy raz zapytałam Boga co mam robić, prosiłam aby zrobił coś ze mną, bo ja już dłużej tak nie wytrzymam. Dopiero wtedy dałam Jezusowi możliwość aby On zajął się moim życiem. Pozwoliłam Mu działać we mnie, w moim sercu. Jezus na moje pytanie czy mam dalej studiować czy iść do zakonu dał mi konkretną odpowiedź podczas pierwszej Mszy na rekolekcjach. Usłyszałam „Żniwo wprawdzie wielkie ale robotników mało ….” To była odpowiedz dla mnie - ja mam być tym robotnikiem. Podczas Mszy Św. wybrzmiało moje  „tak” – sztorm ucichł, w sercu zapanowała cisza i pokój. Jezus zwyciężył we mnie mój upór! W jednej chwili podczas tej Mszy Św. przemienił moje myślenie, plany, studia przestały być ważne. Jezus wszystko przemienił o 180 stopni.  !!!!!! I nadal przemienia jeśli tylko Mu na to pozwalam. Niesamowite jest Jego działanie. Pozwól Mu i Ty działać w Twoim sercu, a wtedy będzie dokonywał w Tobie wielkich rzeczy.

                                                                                                                                 s. Agnieszka

 

Jezus uciszył burzę w moim sercu

 

Ulice Warszawy zza szyby jadącego autobusu miejskiego były tego dnia jakby bardziej odświętne za sprawą słońca, które rzucało swoje pierwsze wiosenne promienie. Nawet nie wiem jaki to był dzień roku 1990. Jechałam na zajęcia języka angielskiego i było mi jakoś smutno. Patrząc na ludzi za oknem zdałam sobie sprawę, że każdy z nich ma swoje własne życie, rodzinę, przyjaciół, swoje problemy, radości i smutki. A ja studentka I roku studiów na wydziale biologii UW mam znaleźć swoje miejsce w tym świecie. Świadomość posiadania 20 lat życia prowokowała pytanie: ”Baśka! I co ty takiego osiągnęłaś w życiu?” I nagle pojawiło się w sercu jakieś nieokreślone pragnienie. Pomyślałam o Jezusie, który na serio zaczął się liczyć w moim życiu dopiero w klasie maturalnej. To pragnienie zaczęło przybierać kształt tęsknoty za Nim, poczułam, że moje serce jest gotowe do kochania Jezusa w sposób właściwy zakochanym. To było dziwne uczucie, które coś zmieniło we mnie.

Gdy wysiadłam z autobusu nie poszłam na zajęcia tylko kroki swoje skierowałam do kościoła Krzyża Świętego. Po krótkiej adoracji wiedziałam, że muszę zrobić coś radykalnego, coś co wymagałoby zdania się całkowicie na Boga. Następna rzecz, którą uczyniłam to był telefon do domu, że chcę rzucić studia. Sama nie wiedziałam skąd pojawiła się we mnie ta decyzja, ale miałam przeświadczenie, że jest ona wpisana w plan Boży względem mnie, że muszę tylko zaufać a Jezus wskaże mi co dalej.

Po wpływem prośby rozpłakanej mamy wstrzymałam decyzję wycofania dokumentów i przyjechałam do domu. Rodzice wymogli na mnie, żebym przystąpiła do sesji egzaminacyjnej i dopiero potem podjęła ostateczną decyzję. Zgodziłam się. Byłam pewna, że Pan Bóg da mi poznać swą wolę wcześniej czy później. Pojechałam w czasie ferii na rekolekcje, ale to nic nie zmieniło, tzn. nie uzyskałam “odpowiedzi”.

Po powrocie bez większego przygotowania przystąpiłam do egzaminów i z wyraźną Bożą pomocą wszystko zaliczyłam. Nie wiedziałam co o tym sądzić i w końcu poddałam się. Modliłam się: “Panie Boże, Ty wiesz, że chcę pełnić Twoją wolę. Tylko jaka ona jest względem mnie? Daj mi ją poznać, bo dłużej nie wytrzymam tego ciągłego szukania i tej ciągłej niepewności!” Jednak wytrzymałam do następnej sesji, a konkretnie do egzaminu z zoologii, który zawaliłam. Nie przejęłam się zbytnio, gdyż na tym jeszcze świat się nie kończy, zawsze jest szansa poprawki. Poszłam na film o gorylach. I przez dwie godziny wczuwałam się w los zagrożonych małp i ich badaczki, która ostatecznie została zamordowana.

Po seansie opanowało mnie uczucie strasznej apatii połączone z intensywnym płaczem, którego podłoża nie potrafiłam określić. Było mi tak źle i czułam tak silną potrzebę pocieszenia, że swoje kroki skierowałam do klasztoru kapucynów, w którym brałam udział w spotkaniach grupy Młodzieży Franciszkańskiej. Spotkanie z ojcem Piotrem było krótkie ale bardzo owocne. Kilka pytań, kilka odpowiedzi, wiele łez. Najważniejsze było to: “Basiu! Kim dla ciebie jest Jezus?” To był klucz, choć wtedy tego nie wiedziałam. Odpowiedź była niejednoznaczna: “Jest Kimś, kto jest bardzo daleko, a chciałabym, żeby był tak bardzo blisko.”

Kolejne egzaminy zdawałam w wielkiej duchowej ciemności i cierpieniu wewnętrznym. Mój emocjonalny kryzys był bardzo widoczny  i trwał około miesiąca. Nic mnie nie cieszyło. Nie chciało mi się rozmawiać, szukałam samotności i dużo spałam, w końcu nie miałam siły nawet płakać. Długo nie potrafiłam się przyznać przed sobą, że kiełkuje we mnie powołanie zakonne. Ale kiedy przyjechałam na wakacje do domu to na pytanie zatroskanej mamy odpowiedziałam: “Wydaje mi się, że mam powołanie”. Na drugi dzień okazało się, że muszę znów pojechać do Warszawy, gdyż zapomniałam zdać kwit pobranego sprzętu do pokoju w akademiku.

W czasie podróży pociągiem zdecydowałam, że muszę sprawdzić czy rzeczywiście Jezus mnie wzywa do swojej służby. O. Piotr zaproponował mi odwiedzenie któregoś z domów zakonnych. Spośród znanych mi różnych sióstr zakonnych dokonałam selekcji. Z miejsca odrzuciłam siostry bezhabitowe i zakony maryjne. Następnym kryterium był wygląd habitu, nie mógł być zbyt elegancki. Najbardziej odpowiednie wydały mi się Siostry Kapucynki pochodzące z Włoch. Ojciec Piotr zaraz skontaktował się klasztorem w Lublinie, gdzie miały swój domu i następnego dnia rano siedziałam już w pociągu do miasta którego wcale nie znałam.

W Lublinie udało mi się dotrzeć do klasztoru kapucynów, ale nie było komu mnie zawieść do sióstr. Pojechałam sama, długo błądziłam, a kiedy w końcu dotarłam, okazało się że nie mogę u nich zostać na noc, gdyż nazajutrz opuszczają Polskę. Na domiar wszystkiego bardzo mi się tam podobało, ale nie umiałam powiedzieć Matce Generalnej, że odczytałam głos powołania zakonnego w swoim sercu. Byłam całkowicie załamana i chociaż miałam jechać na dworzec autobusowy, aby wrócić do domu, to zdecydowałam pociągiem wracać do Warszawy. Szłam przez Lublin i płakałam, patrzyłam tylko na linie elektryczne, aby nie zgubić trasy trolejbusu, którym wcześniej przyjechałam Nie potrafiłam zdefiniować co czuję, ale była to coś w rodzaju rozpaczy. Nic nie rozumiałam ani z zaistniałych okoliczności, ani ze stanu swoich uczuć. Wiedziałam jedno, że nie mogę w takim stanie wrócić do domu. Jedynym wyjściem było szukanie noclegu u sióstr, które pracowały w klasztorze kapucyńskim w Warszawie.

O godz. 22.30. zapłakana stanęłam przed furtą klasztorną. Brat, który mi otworzył, widząc mój stan, bez słowa komentarza zaprowadził mnie do rozmównicy i wezwał o. Piotra. Miałam tylko dwie prośby: coś zimnego do picia i możliwość przenocowania. Nie miałam siły mówić, oczom zabrakło już łez, choć serce dalej płakało. Za chwilę pojawiła się siostra Ania i zabrała mnie do pokoju gościnnego i przyszykowała posłanie. Była bardzo radosna, bardzo miła i życzliwa, ale to nie miało dla mnie większego znaczenia. Spałam mocno, bardzo “ciężkim snem”, który jednak nie daje poczucia relaksu. Gdy rano otworzyłam oczy, poczułam w sobie ciszę, taką ciszę jak po burzy. Odczuwałam ciężar przeżyć dnia poprzedniego, ale gdyby ktoś zapytał mnie, co czuję , powiedziałabym: “Nic”.

Siostra Ania dopilnowała, żebym poszła na Mszę świętą, zjadła śniadanie, zatroszczyła się, aby odwiedził mnie o. Piotr. Patrzyłam na to wszystko i byłam coraz spokojniejsza, jakby “utulona”. Zauważył to ojciec i tylko uśmiechał się słysząc namowy siostry Ani, żebym została jaszcze dzień i poznała młode siostry, które mają wrócić ze zjazdu junioratu. Zgodziłam się, bo czułam że nie znalazłam się tu przypadkowo. Byłam w domu zakonnym sióstr bezhabitowych Córek Serca Maryi, a więc w miejscu, którego sama nie wybrałabym sobie. Wiedziałam, że wybrał je Pan.

Dzień był piękny - sobota poświęcona Najczystszemu Sercu Maryi. Po przyjeździe ze Skórca “stokrotek” ( jak mówiła o juniorystkach s. Ania) odbyła się ceremonia palenia serc, w której brałam czynny udział. Na moim papierowym serduszku odczytałam słowa bł. O. Honorata: “Tu nas Pan Bóg chce mieć, więc tu pracować będziemy”. Serdeczna atmosfera we wspólnocie sióstr, prostota ich życia, piękno oddania się Jezusowi ukryte za zwyczajnym strojem, utwierdziły mnie w przekonaniu, że tu jest moje miejsce.

Wakacje za radą Ojca Piotra spędziłam według wcześniejszych planów: praktyki terenowe, kolonie dziecięce i pielgrzymka do Częstochowy. Dopiero w końcu sierpnia przyjechałam do sióstr i powiedziałam o swoim pragnieniu wstąpienia do Zgromadzenia Sióstr Sercanek. W dwa dni później z plecakiem i tobołkiem z pościelą, po trudnym pożegnaniu z najbliższymi (mama płakała, tato przeklinał, a brat pukał się w czoło) przekroczyłam próg domu zakonnego jako kandydatka. Od tego momentu minęło już 13 lat i ani razu nie żałowałam swojej decyzji i nie miałam wątpliwości, że moim powołaniem jest  służyć Jezusowi w Zgromadzeniu Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny. Jestem wdzięczna Bogu za dar powołania i ufam, że dzięki Jego łasce wytrwam do końca.

 

s.Basia

 

Panie Boże proszę Cię o dobrego męża

 

Właściwie to nigdy wcześniej - w podstawówce, czy na początku liceum, nie myślałam tak na serio o zakonie. Aż do czasu…Owszem, w drugiej, czy trzeciej klasie podstawówki był zachwyt i zapatrzenie się w siostrę zakonną, w jej habit i inność. Nawet mówiłam jej, że jak dorosnę, to będę jak ona- siostrą zakonną. Ale zachwyty minęły, łaska Pana działała w ukryciu, a ja wzrastałam myśląc, że w przyszłości założę rodzinę. Pragnęłam, by mój mąż był osobą głęboko wierzącą, byśmy mogli jak najlepiej wychowywać nasze dzieci. Swoje szczęście widziałam

w założeniu rodziny- a bardzo chciałam być szczęśliwa. Nie wyobrażałam sobie tego, że Pan Bóg mógłby mieć jakieś inne plany wobec mnie.      

Gdy byłam w czwartej klasie  liceum uczestniczenia w 7-miotygodniowym seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Między innymi padło tam pytanie, czy jestem otwarta na Boży plan co do mojego życia. Czy zgodziłabym się także na życie w samotności, albo w zakonie, gdyby Pan Bóg tego chciał?

Mniej więcej w tym samym czasie byłam na niedzielnej Mszy świętej, na której prezentowała swoje Zgromadzenie jakaś Siostra zakonna. Nie pamiętam już o czym mówiła, wiem tylko, że na koniec poprosiła wszystkich o modlitwę w intencji powołań kapłańskich i zakonnych. Pomyślałam: ”Dobrze, pomodlę się” i wtedy nagle, bardzo wyraźnie usłyszałam głos: „A może ty byś chciała?” Z całej siły, w swoim wnętrzu odpowiedziałam wtedy: „Nie!”. Ale Pan Bóg jest przecież Bogiem i to na dodatek bardzo nas kochającym. On zna serce każdego człowieka i wie czego mu potrzeba. Wiedział także czego było trzeba mojemu sercu w tamtym momencie. Po jakimś czasie minęły moje bunty. Chciałam być szczęśliwa,

a wiedziałam, że szczęście jest w tym, czego chce Bóg. Już byłam otwarta na inną możliwość, niż małżeństwo. Czekałam na Jego propozycje, ale On milczał, a łaska nadal działała w ukryciu.

Przyszedł czas matury, a potem wyboru studiów i dalszej drogi życia. Nie dostałam się na wybraną uczelnię i kierunek studiów (teraz mówię: Bogu dzięki!), więc pomyślałam, że za rok znów spróbuję. Starałam się nie zmarnować tego roku. Próbowałam dobrze wykorzystać ten czas, dlatego też „wylądowałam” w Skórcu  u Sióstr Sercanek na kursie krawieckim.

            Tu Pan Bóg mnie naprawdę rozpieszczał- spełniał moje marzenia: miałam wspaniałą stancję, byłam w grupie modlitewnej, śpiewałam w zespole w kościele i mogłam uczestniczyć w rekolekcjach dla dziewcząt u Sióstr. Po jakimś czasie zaprzyjaźniłam się z Siostrami i bywałam dość częstym gościem w ich klasztorze. Czasami uczestniczyłam wraz z nimi w modlitwie brewiarzowej. Starałam się codziennie uczestniczyć we Mszy św. I tak  Pan Bóg niepostrzeżenie dla mnie przygotowywał glebę pod zasiew swego Słowa.

            Zbliżały się Święta Wielkanocne, a mnie coraz bardziej nękała niepewność: „Co dalej?, Co zrobić ze swoim życiem?”. Pytałam Pana, co chce, bym czyniła. A On, jak to On: delikatnie dawał mi do zrozumienia, że chce mnie mieć dla siebie. To był trudny czas, czas niepewności i walki wewnętrznej o rozpoznanie drogi życiowej. Aż wreszcie z całego serca poprosiłam Pana, by mi jasno powiedział, czego ode mnie oczekuje, czy rzeczywiście chce bym poszła do zakonu.

I odpowiedział. 23 IV na Mszy św. wieczornej poprzez czytania i Ewangelię. „Dla mnie bowiem żyć to Chrystus” (Flp. 1 ), oraz J.12,24-26, o ziarnie pszenicznym. Czy można było otrzymać jaśniejszą odpowiedź? Powiedziałam Bogu: „TAK”! A On  napełnił moje serce przedziwną radością i pokojem. Byłam szczęśliwa, że będę siostrą zakonną, chociaż kilka dni wcześniej nie cieszyła mnie ta myśl. Pan Bóg przemienił moje myślenie o 180 stopni !

            Jestem już w zakonie kilka lat. Obecnie przygotowuję się do złożenia profesji wieczystej. Jest to piękna droga, choć nie łatwa. Wierzę, że Pan Bóg ma swój plan co  do mojego życia i każdego dnia próbuję go odczytywać, by kroczyć za moim Oblubieńcem.

            Zachęcam Cię do szukania odpowiedzi na pytania: „Kim jestem?”, „Czego chce ode mnie Bóg?”, „Jakie ma plany, co do mojego życia?” Może Jego odpowiedź na początku Ci się nie spodoba, ale -uwierz mi- warto odpowiedzieć „Tak”! 

 

s. Małgosia